Wiedziałam od kilku tygodni, że będzie problem. Zresztą on występował niemal od samego początku. A  ja do końca liczyłam na to, że sytuację da się opanować i dotrwamy do bezpiecznego okresu. Już w 31 tygodniu gdy po raz drugi trafiłam do szpitala stało się jasne, że ciężko będzie dotrwać do terminu porodu. Zostałam mamą wcześniaka. Właśnie mijają dwa tygodnie odkąd jestem w szpitalu. Już w długi majowy weekend zaczęło dziać się źle. Mimo, że niemal cały czas leżałam i brałam już solidnie zwiększone dawki leków ciśnienia nie szło opanować. Tak 4 maja trafiłam po raz trzeci na patologię ciąży. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak stopnie referencyjności szpitali.

 

Mamą wcześniaka

 

Patologia ciąży po raz trzeci

Przyjechałam do szpitala w którym leżałam już w grudniu i w kwietniu, do szpitala w którym chciałam rodzić. W sumie to nawet nie minęły dwa tygodnie od mojego ostatniego pobytu tam. Wtedy udało się sytuację opanować. Tym razem nie. Dlatego następnego dnia zapadała decyzja, że muszą mnie przewieźć do innego szpitala o wyższym stopniu referencyjności gdzie przyjmują porody wcześniaków. Godzinna podróż karetką to nie jest coś co będę dobrze wspominać. Trzęsło masakrycznie. Tak trafiłam do szpitala położonego o 1,5 h jazdy od domu. Załamka totalna, że jestem tak daleko.

Tutaj przez pierwszą dobę ciśnienie miałam koszmarne ale nie ukrywajmy stresowałam się sytuacją w której się znalazłam. Ten szpital jak dla mnie miał gorsze warunki ,,mieszkaniowe" niż ten z którego przyjechałam. Trafiłam na salę 6 osobową gdzie jedna kobieta tak strasznie chrapała, że myślałam iż oszaleję. Przez całą noc słuchałam muzyki przez słuchawki a i tak ciągle słyszałam to chrapanie. Na szczęście następnego dnia ją wypisali. 

Nastała sobota, moje ciśnienie się uspokoiło i liczyłam na to, że jeszcze wrócę do domu. Za tydzień Zuzia miała mieć 7 urodziny i wierzyłam że będę na nich w dwu paku. Tu muszę przyznać, że personel oddziału bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Czy to lekarze czy ordynator czy też położne, wszyscy bardzo serdeczni dla pacjentów. 

Niedziela 7 maja zapowiadała się spokojnie. Niestety po południu zaczęło dziać się nieciekawie. Najpierw wyszło, że w moczu pojawiło się białko ale lekarz stwierdził, że jego poziom jeszcze nie jest zły. Białko w moczu plus nadciśnienie na które chorowałam w ciąży są objawem zatrucia ciążowego, które jest bardzo niebezpieczne dla matki i dziecka. Popołudniowe ktg zaniepokoiło personel bowiem ruchy dziecka były mało wyczuwalne. Wcześniej odsypiałam tę ciężką noc i nie zwróciłam na to takiej uwagi. Podano mi kroplówkę, która miała pobudzić dziecko. Niestety efekt zapisu ktg był niewiele lepszy niż poprzedni. Ordynator zrobił mi szybkie USG żeby sprawdzić przepływy. Tu wszystko było ok. Robią kolejny zapis ktg, zbliża się już wieczór. Ruchy nadal są zbyt słabe. Ordynator informuje mnie, że coś jest nie tak i trzeba zrobić cesarskie cięcie, teraz zaraz natychmiast. Jest po godzinie 19 tej przerażona dzwonię do męża. Właśnie kończy się dopiero 33 tydzień ciąży. W pośpiechu zostaję przygotowywana do cięcia.

 

Cesarskie cięcie i długie oczekiwanie

  

Nie minęła nawet godzina kiedy to leżałam już na stole operacyjnym z rozciętym brzuchem. Okazało się że dziecko było poowijane pępowiną. Do końca życia będę wdzięczna temu ordynatorowi, że nie zwlekał z cięciem. Do rana z Lilką mogłoby już być bardzo źle. Pozwólcie, że o samej cesarce wypowiem się w kolejnym poście. Teraz gdy mam za sobą dwa porody naturalne i cięcie mam porównanie jak to jest w obu przypadkach. O godzinie 20.12 Lillianka pojawiła się na świecie. Nie zobaczyłam jej nawet przez sekundę. Usłyszałam tylko jej płacz i kątem oka dojrzałam, że tak jak siostry ma ciemne włoski na główce. Maleńka od razu trafiła pod opiekę neonatologów. Nikt mi nie powiedział w jakim jest stanie. Czekały na mnie godziny nerwowego oczekiwania.

Gdy trafiłam już na salę popodpina do kroplówek i automatycznego ciśnieniomierza, który co chwilę badał wysokość mojego ciśnienia próbowałam czegoś się dowiedzieć od położnych, które koło mnie się kręciły ale nie uzyskałam żadnych informacji. W końcu pojawił się lekarz, który powiedział że Lilka waży 1800 gram i jest podłączona do respiratora bo ma problemy z oddychaniem. Ogólnie stan dziecka określił na stabilny. Zostało czekać co będzie dalej. W mojej głowie myśli krążyły niespokojnie. Chyba w życiu tak bardzo się nie bałam i nie byłam tak bardzo bezsilna. To były najdłuższe godziny mojego życia. Gdy przyszła położna od noworodków, która opiekowała się małą żeby ściągnąć choć trochę bezcennej siary dla córeczki dowiedziałam się, że z małą jest całkiem dobrze. Potem nawet zrobiła jej moim telefonem zdjęcie żebym mogła dziecko zobaczyć choć na zdjęciu.

 

 Zostając mamą wcześniaka

 

Czekałam na rano żeby móc wstać i iść zobaczyć małą. Zanim mi pozwolono było już poniedziałkowe południe. Wstawanie na nogi po cięciu to hardcore. Ale od razu poszłam do Lilki. Gdy ją zobaczyłam taką malutką i kruchą łzy same poleciały po policzkach. Ale córeczka świetnie dawała sobie radę, sama już wtedy oddychała. Po południu było pierwsze kangurowanie, nie wiedziałam jak trzymać takiego okruszka. Tuliłam ją do siebie i na przemian łzy mi leciały i się uśmiechałam. Totalna karuzela emocji. 

Po dwóch dniach Lillianka opuściła inkubator i na dobę trafiła do specjalnego podgrzewanego łóżeczka. Od czwartej doby za dnia mogła być ze mną na sali ale na noc była na oddziale neonatologii. Pierwsza zmiana pieluszki, pierwsze karmienie z butelki, pierwsza kąpiel. Niby jestem już mamą z doświadczeniem ale przy takim maleństwu ręce mi się trzęsły jak bym to robiła pierwszy raz w życiu. 

Dzisiaj ma już 11 dni. Odzyskała wagę urodzeniową. Wszystko jest z nią w porządku. Lekarz stwierdził, że Lilka wygrała w totka bowiem na 99% jej wcześniactwo nie wpłynie na jej przyszły rozwój. Ma bardzo spokojne usposobienie jednak ku zaskoczeniu lekarzy jest bardzo ruchliwa. Do tego jest niezwykle podobna do sióstr gdy one były noworodkami. Za kilka dni wrócimy do domu. Już nie mogę się doczekać. Wiem, że przed nami z racji tego że nasza trzecia córeczka jest wcześniakiem wiele jeszcze wyzwań i wizyt lekarskich ale wiem, że wszystko będzie dobrze. 

 

PS. Post pisałam na tablecie w szpitalnym łóżku więc wybaczcie wszelkie literówki itp. Zdjęcia Lilki możecie zobaczyć na moim Instagramie. 

Jeśli są wśród Was mamy wcześniaków to zapraszam do podzielenia się swoją historią. 

 

***

 

Jeśli chcecie pozostać ze mną w kontakcie zapraszam na blogowy fan page oraz instagram, gdzie często bywam, zawsze wrzucam powiadomienia o nowych wpisach i piszę o tym co u nas słychać.  A jeśli treści tutaj znalezione uważasz za wartościowe koniecznie zostaw komentarz.

Pozdrawiam Aga

 

Udostępnij ten postShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterPin on Pinterest